Konspiracyjna teoria kryptowalut

Idea stworzenia cyfrowego pieniądza pojawiła się bardzo szybko po tym jak pojawiły się komputery. Już w SF z lat siedemdziesiątych przechowywane w komputerze „galaktyczne kredyty” były całkiem powszechne. Można powiedzieć, że (chcący lub niechcący) stanowiły pierwszy krok ku oswajaniu populacji z taką ideą.

To „stare” SF bywało zaskakująco trafne w swoich przewidywaniach. W profetycznej powieści Janusza A. Zajdla „Limes Inferior” pojawia się urządzenie zwane Kluczem, które każdy mieszkaniec Agrolandu (futurystycznej megalopolis) ma przy sobie. Jedna z głównych funkcji Klucza to elektroniczny portfel. Przy czym choć potrafi on dla niektórych transakcji działać samodzielnie, to w zasadzie jest tylko urządzeniem dostępowym do centralnego banku, w którym każdy człowiek ma swoje konto przechowujące cyfrowe pieniądze (zwane tam punktami). Powieść ta pięknie pokazuje w jaki sposób owe pieniądze są jednocześnie narzędziem sterowania ekonomią jak i indywidualnej kontroli nad każdym z „obywateli” Agrolandu. Obecne smartfony, które rozpoznając odcisk palca służą jednocześnie jako identyfikator (bo tam odbieramy SMS-y z banków lub mamy aplikacje klasy Google Authenticator) jak i portfel (Google Pay, Apple Pay) to całkiem niezła realizacja Klucza. Z tym, że mająca dużo większe możliwości jako osobisty inwigilator (Zajdel nie przewidział, że Klucz mógłby jeszcze podawać lokalizację delikwenta, podsłuchiwać jego rozmowy i tak dalej).

Przywołuję tą wizję Zajdla, bo dzięki niej łatwiej jest zrozumieć po co „Panom Świata” – czyli rządzącym nami zza kulis ludziom – cyfrowy pieniądz. To po prostu stan wymarzony, dający im możliwość wiecznego korzystania z realnych dóbr bez potrzeby kalania się jakąkolwiek pracą – tę wykonają „maluczcy” za bezwartościowe w istocie „punkty”, które „elity” dadzą im nazywając to pieniądzem. Zarazem, dzięki całkowitej kontroli przepływu owych „punktów” (pełnym wglądem w to kto, komu, ile i za co zapłacił) będą mieli pełną władzę nad „maluczkimi”, dającą możliwość zapobieżenia jakimkolwiek, najmniejszym choćby próbom sprzeciwu (wystarczy odciąć delikwenta od jego „punktów”).

Żeby jednak ten stan osiągnąć i zastąpić obecne pieniądze cyfrowymi niezbędne jest rozwiązanie trzech ważnych problemów:

  • umożliwienie prowadzenia drobnych transakcji życia codziennego – to istotne, bo jednak codziennie ludzie dokonują wielu drobnych zakupów posługując się monetami i gotówką, przy większych transakcjach gotówkę udało się już skutecznie zastąpić w pełni kontrolowanymi przelewami jednak trudno wyobrazić sobie płacenie przelewem za bułki,
  • zapewnienie bezpieczeństwa czyli tego, że postronni – inni niż bank centralny – nie będą mogli owych „cyfrowych pieniędzy” generować czyli „podrabiać” ani tym bardziej ich komuś łatwo ukraść, bez czego ciężko będzie rozwiązać problem trzeci i najważniejszy, a więc:
  • przekonanie ludzi, że jakieś-tam „punkty” czy inne niematerialne impulsy mają taką samą wartość jak namacalna gotówka, a jeszcze lepiej gdyby udało się ich przekonać, że owe impulsy mają taką samą wartość jak złoto.

Dwa pierwsze problemy udało się rozwiązać dzięki połączeniu trzech technologicznych składników:

  • Kryptografii klucza publicznego,
  • Zwiększonej mocy obliczeniowej przenośnych komputerów oraz
  • Powszechnego dostępu do Internetu, stałego i wszędzie, dzięki sieciom 3G, 4G i kolejne-tam G.

Już na początku lat dziewięćdziesiątych wiadomo było z grubsza jak dzięki kryptografii klucza publicznego skonstruować system cyfrowego „pieniądza” gwarantujący jego niepodrabialność. Przy czym można było zrobić to również w taki sposób, by gwarantując bezpieczeństwo zapewnić też anonimowość transakcji.

W 1993 roku miałem okazję wysłuchać wykładu na ten temat na dość hermetycznej konferencji informatycznej – podkreślam, nie finansowej, ale informatycznej, poświęconej ogólnie nowym zastosowaniom technologii komputerowych, gdzie kwestia pieniądza była przedmiotem tylko tego jednego wykładu. Prelegent przedstawiał system rozproszonego pieniądza cyfrowego odpornego na podrabianie dzięki rozwiązaniom kryptograficznym, a jednocześnie dającego taką samą anonimowość transakcji jak gotówka. Utkwiło mi w pamięci przekonanie prelegenta (zawarte w podsumowaniu), że tak zbudowany pieniądz nigdy się nie pojawi, ponieważ zagrażałoby to interesom banków i w ogóle „właścicieli świata”. Niemniej, wykład ten dał mi pewność, że już od połowy lat dziewięćdziesiątych było wiadomo jak zbudować cyfrowy pieniądz od strony technologicznej, gdyż wiele elementów o których była tam mowa mogłem potem zobaczyć w konstrukcji kryptowalut. Poza, oczywiście, anonimowością.

Powszechny dostęp do Internetu rozwiązuje natomiast inny problem, a mianowicie likwiduje w praktyce konieczność istnienia jakiegoś autonomicznie działającego urządzenia płatniczego – jak zajdlowski Klucz – ponieważ nawet małe transakcje (owe bułki) można obecnie załatwić „on-line”. Ku temu zmierzały wysiłki ku cyfryzacji „mikropłatności” z pomocą kart płatniczych z chipem, zbliżeniowych a ostatnio z pomocą telefonów (systemy Apple Pay i Google Pay). Obecnie nawet w Polsce jest rzadkością by ktoś w sklepie płacił gotówką za zakupy.

Ale poza technologicznym istniał też problem trzeci i fundamentalny, a mianowicie skąd miałaby się wziąć wartość takiego pieniądza. Wartość złota czy srebra wynika z ich rzadkości w przyrodzie (a w każdym razie na Ziemi) oraz niepodrabialności (nie da się ich uzyskać inaczej niż poprzez wydobycie). Tymczasem wartość „pieniądza fiducjarnego” – czyli pieniądza, z którego zbudowany jest obecny system – wynika… z powszechnego przekonania o jego wartości i siły nawyku. Innymi słowy to, że banknot 100 zł lub zapis 100 zł na koncie w banku ma określoną wartość wynika z…. przekonania ludzi, że ową wartość ma, to zaś przekonanie jest już przekazywane z pokolenia na pokolenie od około stu lat. Przekonanie to dodatkowo umacnia siła aparatu przemocy rządów, które narzucają konieczność używania tych pieniędzy do płacenia podatków a także aktywnie zwalczają wszelkie próby oddolnego tworzenia alternatywnych systemów.

Zatem, skoro udało się przekonać ludzi, że papierki z nadrukiem 100 zł to pieniądz powinno być możliwe przekonanie ich, że impulsy w komputerze chronione niezrozumiałymi dla nich algorytmami to też pieniądz. W końcu ani jedno ani drugie nie ma samo w sobie żadnej wartości.

Zatem, aby wprowadzić do realnego użytku pieniądz cyfrowy mając już rozwiązane problemy technologiczne pozostało przekonać ludzi o jego wartości wzorując się na historycznych doświadczeniach.

Kiedy przekonywano ludzi do papierowych banknotów (czyli tworzono ów nawyk, odruch niemal, że pieniądz to taki papierek z ładnymi nadrukami) odbyło się to w ten sposób, że początkowo banknot był kwitem potwierdzającym posiadanie odpowiedniej ilości złota. W związku z tym banknoty – noty bankowe – można było w bankach wymieniać na złoto a równolegle z nimi funkcjonowały także monety zrobione z rzadkich metali, w tym także złote. Kwit był łatwiejszy do przenoszenia niż złoto, łatwiej było upewnić się, że nie jest podrobiony był więc wygodniejszą formą pieniądza – przy czym w każdej chwili jakby ktoś chciał mógł zamienić np. papierową złotówkę na odpowiednią ilość złota. Dopiero kiedy udało się ludzi dostatecznie mocno przekonać, że papierek z ładnym nadrukiem ma wartość – zwłaszcza, jeśli wydał go amerykański Bank Rezerwy Federalnej – połączenie ze złotem usunięto (co miało miejsce ogólnie w okresie od 1914 do 1971).

Obecnie zatem należy ten sam proces powtórzyć przekonując ludzi, że niematerialne impulsy są równie wartościowe jak papierki z ładnym nadrukiem. Jeśli proces ów miałby przebiegać podobnie, to oba systemy monetarne muszą jakiś czas funkcjonować równolegle by ludność miała czas się przyzwyczaić i przestawić.

Można to pytanie postawić inaczej: skąd miałyby się wziąć cyfrowe pieniądze, w które ludzie by uwierzyli, że są wartościowe? Jak przekonać, że cyfrowe impulsy zabezpieczone niezrozumiałym dla większości algorytmem kryptograficznym są równie wartościowe jak znana im gotówka lub – jeszcze lepiej – jak złoto? Zwłaszcza wobec kryzysu finansowego 2008 i związanego z nim spadku zaufania do banków centralnych i ich walut.

Rozwiązanie tego problemu pojawiło się znikąd właśnie w 2008 roku poprzez algorytm BitCoin-a, który jest tak właśnie skonstruowany by naśladować zasadę działania złota. A więc liczba „monet” BitCoin jest poprzez konstrukcję algorytmu ograniczona z góry, co ma naśladować ograniczoność zasobu złota na Ziemi. Zarazem nowe „monety” pojawiają się w wyniku prowadzenia bezsensownych obliczeń mających na celu „zgadnięcie” kolejnej wielkiej liczby spełniającej określone kryteria. Konstrukcja algorytmu powoduje, że trudność „zgadnięcia” rośnie z czasem, co ma naśladować rosnącą trudność wydobycia surowców naturalnych z coraz trudniejszych złóż. Razem miało to w teorii (i jak się okazało w praktyce) skutkować wzrostem wartości poszczególnych „monet”.

Początkowo jednak BitCoin to było tylko rozwiązanie technologiczne, znane garstce zapaleńców od technologii. Trzeba było jeszcze przekonać ludzi, że BitCoin ma w ogóle jakąkolwiek wartość i że faktycznie ta wartość będzie rosła, w dodatku wartość mierzona… w tradycyjnym pieniądzu (czyli głównie USD, jako dominującej walucie świata). Bo problem przypomina nieco piramidę finansową – wartość takiego cyfrowego pieniądza będzie rosła o ile będzie się zwiększać liczba ludzi gotowych go kupić w nadziei na to, że jego wartość dalej wzrośnie. A mówimy tu o instrumencie finansowym, który nie ma żadnego oparcia w niczym poza algorytmem pochodzącym nie wiadomo skąd.

Rozwiązanie jest zaskakująco proste: trzeba ludzi po prostu… stopniowo przekonać, a więc dużo o tym mówić, pokazywać jak można bajecznie na tym zarobić i tak dalej. Po jakimś czasie takiego postępowania ludzie uwierzą, że magiczny BitCoin – którego istoty nie rozumieją – to synonim bogactwa i wartości. I dokładnie tak się stało…

Czy już widać gdzie tu jest miejsce na „konspiracje”? Pozwól, że je wyliczę.

Otóż pierwszą podejrzaną rzeczą jest właśnie sam fakt, że rozwiązanie problemów kryptowalut przyszło „znikąd” – podał je anonimowy Satoshi Nakamoto. Opublikował on w 2008 na forum opis algorytmu a w styczniu 2009 udostępnił pierwszą wersję jego implementacji (jako otwarty kod – ang. „open source”). Następnie współpracował z inicjalną grupą entuzjastów przez półtora roku, po czym całkowicie zamilkł. Do dziś nie wiadomo kim jest czy był.

Powszechnie, oficjalnie przyjmuje się, że był to dobroczyńca ludzkości, który postanowił pozostać anonimowym z obawy przed karą ze strony bankierów, którym jakoby miał swoją działalnością wielce zaszkodzić. Wszelako wielu specjalistów podejrzewało już wtedy, że pod tym pseudonimem nie kryje się jedna osoba, ale grupa osób – eksperci (doświadczeni programiści), którzy analizowali kod źródłowy zwracali uwagę, że był on za dobrze zrobiony jak na dzieło jednej osoby.

Co więcej, ponieważ osoba lub osoby te wystartowały BitCoin to mogły pierwsze BTC pozyskiwać małym kosztem i jak się szacuje posiada(ją) około miliona BitCoinów (o wartości odpowiadającej obecnie około 70 miliardów USD). Nie skorzystał(y) jednak z tego bogactwa nic sobie za to nie kupując. I to jest druga podejrzana rzecz.

Trzecia podejrzana rzecz to wsparcie jakie BitCoin otrzymał od mediów głównego nurtu i to już w 2011 roku, a więc relatywnie krótko po starcie. Właściwie BitCoin przestał być ciekawostką dla garstki technicznych pasjonatów, bo od 2011 roku cieszył się wsparciem mediów głównego nurtu, które nagłaśniały go jako „nowy pieniądz”. Jakie to miało znaczenie? Ano takie, że nie mając żadnego oparcia w niczym (poza trudną do zrozumienia dla laików „trudnością obliczeniową”) BitCoin mógł – jak już pisałem powyżej – czerpać swoją wartość wyłącznie z przekonania, wiary ludzi, że wartość ową posiada i dodatkowo, że będzie ona rosła z czasem. A tak właśnie przedstawiały to media, podkreślając ograniczoność puli możliwych do odkrycia BitCoin-ów i porównując to do złota.

Świetnie pomagało temu niezwykle sprytne nazwanie procesu obliczeniowego prowadzącego do uzyskania kolejnego BTC „kopaniem” a zajmujących się tym ludzi „górnikami”, a więc oparcie propagandy BitCoina na znanych ludziom skojarzeniach z… fizycznym złotem.

Czwarta podejrzana rzecz jest taka, że już od końcówki lat 90-tych ubiegłego stulecia wśród finansistów i „naukowców” z obszaru finansów toczyły się dyskusje o „cyfrowym pieniądzu” i wpływie tegoż na rolę banków centralnych w sterowaniu gospodarką. Świadczą o tym jawne publikacje, które można znaleźć. Przykładem mogą być referaty ze spotkania poświęconego „elektronicznym finansom”, które odbyło się w (nie)sławnym BIS w listopadzie 2001. Po 2011 roku publikacji takich jest coraz więcej, a w roku 2014 pojawia się informacja, że bank centralny Chin pracuje nad „cyfrowym juanem”. Obecnie o CBDC – pieniądzu cyfrowym banków centralnych – mówi się zupełnie otwarcie, „pracują” nad nim niemal wszystkie banki centralne.

Piąta podejrzana rzecz to to, że BitCoin przedstawiany jest od początku jako ludowy, anarchiczny wręcz projekt, będący atakiem na banki centralne i establishment finansowy w istocie nie jest niczym takim.

Po pierwsze, jest dla zwykłych ludzi dostępny wyłącznie przez pośredników. Choć początkowo każdy interesujący się tematem zapaleniec mógł generować nowe BTC na zwykłym komputerze a potem przez jakiś czas na komputerze wyposażonym w lepszą kartę graficzną dość szybko doszło do tego, że ilość energii potrzebnej na wykonywanie (w istocie bezproduktywnych) obliczeń zwanych „kopaniem” powoduje, że obecnie mogą się tym zajmować wyłącznie posiadające ogromny kapitał firmy, lokujące specjalne centra obliczeniowe w miejscach, gdzie prąd elektryczny jest relatywnie tani. Również sama wielkość rozproszonej bazy danych jaką w istocie jest „Block Chain” jest tak ogromna, że praktycznie uniemożliwia to zwykłemu Kowalskiemu posiadanie jej na swoim komputerze. Z konieczności musi on korzystać z pośredników różnego rodzaju zadowalając się przechowywaniem – o ile ma dość wiedzy technicznej – kluczy prywatnych umożliwiających dostęp do jego cyfrowego „portfela”. W większości jednak korzystać musi z pośredników albo wręcz z funduszy i papierów wartościowych opartych o BitCoin, a więc… z establiszmentu finansowego.

Po drugie jeśli przyjrzeć się temu dokładniej odporności BitCoina na atak ze strony rządów, która miała być jedną z większych jego zalet i świadczyć o jego anarchicznym, anty-systemowym charakterze okazuje się ona całkowicie iluzoryczna właśnie ze względu na energię.

Na wrzesień 2022 szacowano, że zużycie energii przez cały system BitCoin na świecie to rocznie między 94,82 TWh a 129,47 TWh (różne szacunki). Dla porównania zużycie prądu w Polsce w 2021 roku to 174 TWh. Innymi słowy cały system BitCoin zużywa tyle prądu co 3/4 Polski. Zaś pojedyncza transakcja w BitCoin w dniu 15 września 2022 wymagała 1390,49 kWh energii elektrycznej, a więc tyle ile czteroosobowa polska rodzina zużywa przez pół roku. Podkreślam, mówimy tu o jednej transakcji, czyli jednym przesłaniu jakiejś kwoty BTC – dowolnie małej – między portfelami. A ponieważ w algorytmie zapisano, że trudność obliczeniowa niezbędna do „wykopania” kolejnych BTC rośnie to zużycie energii również będzie tylko rosnąć.

Poza dość ewidentnym marnotrawstwem energii (co zwróciło nawet uwagę niektórych eko-aktywistów, ale jakoś nie jest w ogóle nagłaśniane przez media głównego nurtu tak trzęsące się nad każdą zbędną żarówką czy starą pralką co także jest podejrzane) praktyczną konsekwencją tego jest to, że system BitCoina będzie można łatwo zlikwidować gdy tylko władze zechcą to zrobić. Nie da się bowiem w ukryciu i konspiracyjnie wytworzyć a następnie skonsumować ponad 120 TWh energii elektrycznej, zwłaszcza że choć „kopiących” jest ponoć ponad 300 tys. to jednak większość aktywności jest skoncentrowana w dużych, specjalizowanych centrach obliczeniowych, z których większość znajduje się obecnie w USA (źródło). By więc „położyć” BitCoin-a wystarczy odciąć energię i łącza głównym „farmom koparek”. Nie tylko nie będą wtedy powstawać nowe BitCoiny, ale przede wszystkim nie będą realizowane transakcje – proces „kopania” i transakcje są bowiem powiązane w algorytmie w taki sposób, że jedno nie może się odbywać bez drugiego. Innymi słowy odcinając dopływ energii do niewielu wyspecjalizowanych centrów obliczeniowych można praktycznie zablokować wykonywanie transakcji w BitCoin-ie stawiając tym samym wartość posiadanych przez ludzi BTC pod znakiem zapytania.

Dodajmy do tego, że BitCoin przez jakiś czas prezentowano jako anonimowy, jednak obecnie już nawet do powszechnej świadomości przedostała się informacja, że nie jest on takim całkowicie. BitCoin jest bowiem rozproszoną, jawną bazą wszystkich transakcji. Pewne poczucie anonimowości daje fakt, że ciężko jest ustalić do kogo należą poszczególne adresy portfeli, na które można wysyłać i odbierać BitCoin. Jednak kiedy się już pozna do kogo należy konkretny portfel dalej można prześledzić losy każdego BitCoina, który na owym portfelu się znalazł – w tym także te po tym, jak jego właściciel „wydał go” przesyłając go komuś innemu. Nie jest to więc tak jak w przypadku gotówki – policja, która zabrała aresztowanemu portfel z banknotami nie jest w stanie dzięki temu ustalić od razu z jakich portfeli owe banknoty pochodziły, no chyba, że ktoś wcześniej zapisał ich unikalne numery. Złote sztabki i monety w ogóle nie mają żadnych numerów. Rozumiecie różnicę?

Podsumowując piątą podejrzaną rzecz, rzekomo „anarchiczny” i „anty-bankierski” BitCoin:

  • wymaga specjalistycznego sprzetu i ogromnych ilości energii by w ogóle działać,
  • jest od dawna niedostępny dla zwykłego „Kowalskiego” bezpośrednio – musi on korzystać z rozlicznych pośredników przechowujących jego BTC,
  • jest łatwy do sparaliżowania przez włądze ze względu na jego zapotrzebowanie energetyczne,
  • nie jest w pełni jawny – jak oficjalny system bankowy – ale nie oferuje takiej anonimowości jak gotówka czy złote monety.

Dodatkowo jego wartość jest mierzona… tradycyjnym pieniądzem (USD) i wynika wyłącznie z wiary uczestników, że odsprzedadzą swojego BTC z zyskiem w tymże tradycyjnym pieniądzu wyrażonym. Póki co więc specjalnych zagrożeń dla banków centralnych i systemu ja tu nie widzę.

Owszem, BitCoin nie jest jedyną kryptowalutą – są ich obecnie setki. I uczciwie trzeba przyznać, że inne starają się być mniej energożerne i przez to bardziej rozproszone, a więc odporne na atak rządu. Znalazły się też inne zastosowania tzw. technologii łańcucha bloków (block-chain). Niemniej, to BitCoin pozostaje najdroższą kryptowalutą a zarazem tą, którą znają i kojarzą wszyscy, którzy nie są specjalistami. Zatem, jeżeli BitCoin zaliczy krach to samo stanie się z innymi kryptowalutami, bo wówczas wyparowałaby podtrzymująca wartość BitCoina… wiara ludzi w wartość kryptowalut.

Myślę, że aby zrozumieć lepiej czym zatem w istocie jest BitCoin trzeba przyjąć „model Paradyzji” (kolejne dzieło J. A. Zajdla) – a więc przyjąć, że poza – czy może lepiej – ponad znanym nam światem, znaną nam nauką, wiedzą i systemami jest kolejna „warstwa”, zarządzana przez realnych Panów Świata. Ich istnienia niektórzy, nieliczni z nas tkwiących wewnątrz zarządzanego przez nich systemu mogą się domyślać. Nie znamy ich prawdziwych możliwości, ale możemy założyć, że rzeczy nam przedstawiane jako ostatnie zdobycze techniki im były znane już wcześniej. Możemy również domyślać się, że ich celem jest utrzymanie władzy nad całym światem dającej możliwość bytowania w pełnym komforcie korzystając z dóbr wypracowanych przez miliardy ułożonych w piramidę niewolników. Jeśli przyjąć „model Paradyzji” to podejrzane aspekty kryptowalut szybko się rozjaśniają.

Moim zdaniem BitCoin to operacja „grupy trzymającej władzę”, której celem jest przekonanie ludności do cyfrowej namiastki pieniądza, pokazanie, że to wartościowe, że można na tym nawet zyskać. W tym celu zasłaniając się pseudonimem podano odpowiedni model (algorytm BitCoin i jego pierwsza implementacja) i zapewniono nie nachalną – a więc nie budzącą podejrzeń – „oprawę medialną” zapewniającą „pompowanie wartości” tak sztucznie wytworzonego aktywa. Kiedy wiara w kryptowaluty będzie już dostatecznie duża – kiedy zostaną uznane za „równoprawny instrument finansowy” w ten czy inny sposób zostanie przeprowadzony spektakularny krach BitCoin-a, co pociągnie za sobą krach wartości także innych popularnych kryptowalut. Po co? Bo wściekli ludzie, którzy potracą mniejszą czy większą część swoich oszczędności będą się domagać ukarania winnych i zapewnienia ochrony rządu dla ich majątku. Mądre głowy w mediach głównego nurtu będą przekonywać, że nie może być tak, żeby podobne rzeczy były „nieuregulowane”, że widać do czego prowadzi pozostawienie takich kwestii poza kontrolą fachowców z banków centralnych. I rząd zapewni bezpieczeństwo i regulację w postaci… pieniędzy cyfrowych banków centralnych czyli CBDC.

Innymi słowy BitCoin to rozpisany na dwie dekady projekt przyzwyczajania ludzi do „cyfrowych pieniędzy”, który następnie posłuży do „nagonienia” już przekonanych do samej idei w objęcia… banków centralnych. To, że przy okazji parę osób zarobi jakieś fortuny, kupi sobie parę sportowych aut czy jachtów to drobne koszty operacji biorąc pod uwagę, że jest ona jednym z elementów projektu, którego celem jest ugruntowanie pełnej i totalnej władzy stojącej za nim grupy nad światem.

Prawdę pisząc odkąd zdaję sobie z tego sprawę odczuwam nawet coś na kształt podziwu dla autorów tej operacji.

Dlaczego USA nie uda się „powrót do przeszłości”?

Niedawno (4 listopada) ukazał się w The Wall Street Journal artykuł pod tytułem „Wielkie zdarzenie nadchodzi a wojsko amerykańskie nie jest gotowe” (‘The Big One Is Coming’ and the U.S. Military Isn’t Ready). Artykuł ten oparty na oficjalnej informacji prasowej Pentagonu relacjonuje wystąpienie admirała Charlesa Richarda na konferencji Naval Submarine League’s 2022 Annual Symposium & Industry Update. Pan admirał Richard to podwodniak, który służył w sumie na pięciu okrętach podwodnych o napędzie atomowym zanim przeszedł na wyższe stanowiska dowódcze. Obecnie dowodzi United States Strategic Command, w sumie najnowocześniejszym z dziwięciu „zintegrowanych dowództw”, bo odpowiedzialnym za tak różnorodne rzeczy jak wojna informacyjna, wojna w kosmosie, obrona antyrakietowa ale i wywiad wojskowy.

Wystąpienie spotkało się z zainteresowaniem, bo podczas niego pan admirał podkreśla, że amerykańskie wojsko traci przewagę wobec Chin. „Toniemy wolno, ale toniemy, bo oni zwiększają swoje możliwości szybciej niż my. Jeżeli te trendy się utrzymają to nie będzie miało znaczenia jak dobre mamy plany operacyjne czy jak dobrych mamy dowódców albo jak dobre mamy siły – nie będziemy mieli ich wystarczająco dużo. I to jest bliska perspektywa.„. Zdaniem pana admirała jedyny obszar, w którym USA zachowują jakąś asymetryczną przewagę to obecnie siły podwodne ale i tu perspektywy nie wyglądają dobrze.

Najciekawsze jest jednak jakie kroki zaradcze pan admirał Richard proponuje. Otóż sugeruje on, żeby wrócić do ducha latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, kiedy wojsko działało lepiej a przemysł amerykański był w stanie szybciej tworzyć nowe rzeczy. Odwoływał się tu do zbudowanego i wprowadzonego w rekordowym czasie pocisku manewrującego AGM-28 Hound Dog (1960) czy programu Apollo. Wystąpienie zakończył pytaniem jak tą zdolność do działania osiągnąć (“What’s it going to take? Is it money? Is it people? Do you need authorities?”).

Otóż śpieszę donieść (moim nielicznym czytelnikom, bo pan admirał tego raczej nie przeczyta), że USA nie ma praktycznie żadnych szans na powrót do możliwości i ducha z lat 50-tych i 60-tych a to z tego powodu, że wymagałoby to radykalnego uzdrowienia głęboko zdegenerowanego społeczeństwa amerykańskiego.

Duch lat 50-tych i 60-tych był jaki był, bo społeczeństwo amerykańskie było jeszcze w dużym stopniu normalne, zdrowe – i chrześcijańskie. W latach 50-tych:

  • rozwody wciąż były rzadkością (ten artykuł zawiera niezły przegląd danych na ten temat),
  • większość kobiet nie pracowała zawodowo (kolejna porcja danych – warto zauważyć, że w latach 1950-70 w USA mniej niż 1/3 – 30% – zamężnych kobiet pracowała zawodowo, odsetek ten powoli rósł w miarę jak społeczeństwo się degradowało, obecnie przekracza 60%) ,
  • pornografia nie była powszechnie i łatwo dostępna,
  • w szkołach nie było narkotyków (krótkie podsumowanie) – w ogóle narkotyki nie były problemem społecznym – za to była w nich modlitwa (modlitwa w szkołach publicznych została zakazana po decyzji Sądu Najwyższego USA w sprawie Engel przeciw Vitale w roku 1962 – dodajmy, że pan Engel był Żydem, jednym z założycieli nowojorskiego oddziału ACLU, organizacji o wielkich „zasługach” w niszczeniu amerykańskiego społeczeństwa),
  • nikt nie przejmował się specjalnie uczuciami i poczuciami, liczyły się twarde rezultaty,
  • nie było rozbudowanego socjalu (programy „Walki z biedą” i „Wielkiego społeczeństwa” wprowadzone w 1964 po raz pierwszy uruchomiły socjal w USA na dużą skalę),
  • sytuacja ekonomiczna pozwalała średnio zarabiającemu amerykaninowi na kupienie domu, samochodu i zapewnienie dzieciom przyzwoitej edukacji,
  • obowiązywała tradycyjna etyka pracy – nie było łatwych pieniędzy za wykonywanie czynności, które nic nie wnoszą (w tej chwili mnóstwo pieniędzy zarabiają tzw. content creators, którzy w większości nie wnoszą żadnej istotnej wartości).

Co to oznaczało w praktyce?

Że mężczyzna mógł się skupić na pracy, a zarazem był od małego nauczony, że nic mu się od świata nie należy, że nikt mu nic nie da, że w pracy nikogo nie obchodzi jakie ma emocje za to liczy się wynik. Z drugiej jednak strony wiedział także, że za uczciwą pracę otrzyma przyzwoite wynagrodzenie. Przyzwoite, to znaczy pozwalające utrzymać rodzinę. Rodzinę, a więc i dom, o który zadba żona, która nie będzie próbowała z mężem konkurować, nie będzie porzucać dzieci na pastwę placówek klasy żłobek żeby robić karierę itp. Dzięki temu dzieci wzrastały też w stabilnym środowisku jednocześnie ucząc się, że ojcowie zajmują się pracą poza domem a matki w domu.

Dlaczego kładę taki nacisk na mężczyzn? Dlatego, że nowoczesne bronie, których tak potrzebuje pan admirał Richard to technologia, technika. A technikę budowali zawsze przede wszystkim mężczyźni, to chłopców podniecają i rajcują różne mechanizmy, to oni ślęczą nad modelami, lutują obwoty albo tworzą oprogramowanie. I mimo całego pieprzenia bredni o „równości” mało co się tu zmieniło (pisałem już o tym), bo kobiety sie po prostu tymi tematami nie interesują. Tyle, że wtedy ci mężczyźni po pierwsze byli wychowani do systematycznej pracy, a po drugie mieli wsparcie w żonach, które „obsługując” całą rodzinną część życia umożliwiali im większą koncentrację na pracy. Ten aspekt jest obecny we wszystkich opracowaniach i wspomnieniach np. związanych z programem Apollo.

A dodatkowo nikt im nie wciskał różnych szkoleń o „różnorodności i inkluzywności”, których głównym przekazem jest, że to wstyd być mężczyzną, a jak do tego białym to już w ogóle tragedia. Te szkolenia i różne inne podobne bzdury to obecnie standard w przedsiębiorstwach amerykańskiego kompleksu zbrojeniowego, każde ma cały program promocji „mniejszości”: Boeing, Lockheed Martin, Northrop Grumman.

Odzyskanie tamtej sytuacji wymagałoby absolutnego przewrotu w społeczeństwie amerykańskim. Szczerze pisząc nie umiem sobie wyobrazić jak taki przewrót mógłby wyglądać, bo nie wiem jak mając nawet ogromną władzę odkręcić pół wieku prania mózgów kolejnym pokoleniom. Ciężko tu nawet o jakieś historyczne analogie – społeczeństwa, które osiągały taki poziom degrengolady zwykle tak czy inaczej po prostu znikały ze sceny dziejów. Mimo to wydaje mi się, że aby mógł w ogóle zacząć się taki konserwatywny zwrot na masową skalę w USA, to wpierw musiałoby nastąpić widoczne i odczuwalne dla każdego bankrutctwo tego systemu i kraju. A na to – powiedzmy sobie uczciwie – się nie zanosi. Siła USA i jego gospodarki będzie raczej słabła stopniowo i powoli, na tyle powoli, że zanim ludzie zaczną kwestionować system społeczny wokół siebie miną kolejne dekady marazum i zacofania. Tak więc pan admirał Richard może sobie tylko pomarzyć o nowych, wspaniałych broniach, które szybko będą pojawiać się w arsenale amerykańskich sił zbrojnych.

Tak na marginesie to właśnie krach ekonomii ZSRR, kompletne bankructwo i bezhołowie ery Jelcyna było tym, co wymusiło na rosyjskim społeczeństwie przewartościowanie. Rozczarowanie Zachodem, jego postawą, którą ciężko nazwać obecznie inaczej niż pełną nienawiści do Rosjan jako takich wręcz wymusi na nich odwołanie się do jedynej ideologicznej bazy jaką mają: własnej tradycji i historii. Amerykanie pewnie zrobią to samo, ale dopiero kiedy nadejdzie ich Jelcyn. Być może nie jest to zbyt odległe, bo kondyncja obecnego prezydenta przywodzi na myśl kondycję towarzyszy Andropowa i Czernienko kiedy pełnili ekwiwalentną funkcję w ZSRR. Z tą różnicą, że wtedy medycyna dostępna na tym poziomie władzy mogła dużo mniej niż teraz.

Chersoń: poczekajmy z opiniami

Nieoczekiwane wycofanie się Rosji z Chersonia zakończone 11 listopada wywołało gniew a nawet rozpacz wśród Rosjan zaś radość wśród Ukraińców oraz na Zachodzie, gdzie przedstawia się to jako zwycięztwo Ukrainy – fałszywie od strony wojskowej, ale prawdziwie od strony politycznej. Wydarzenie to wydaje bowiem potwierdzać to, co mówiła propaganda Zachodu od miesięcy – że Rosja już, już przegrywa, że Ukraina wygra tą wojnę wypierając Rosję poza swoje granice z 2013 roku.

Może tak być. Ale może też tak nie być.

Chcę przypomnieć o jednej ważnej rzeczy: nie wiemy co się naprawdę dzieje. Nikt z nas, cywili pozbawionych dostępu do informacji tajnych, analiz zwiadu satelitarnego, analizy nasłuchów i danych wywiadu agenturalnego, nie ma pojęcia ani co się właściwie dzieje na linii frontu ani – tym bardziej – dlaczego. Przede wszystkim zaś nie wiemy jaki jest rzeczywisty stan sił stron walczących – jakie poniosły straty w ludziach i sprzęcie, ile nowego sprzętu i ludzi otrzymały, jakie jest morale w oddziałach, co jest dostępne i przygotowywane na tyłach, jakie zakulisowe rozmowy się toczą itp. itd. Czyli informacje o zajęciu przez jedną ze stron takiej czy innej miejscowości podawana przez media najczęściej nie jest podważana przez drugą stronę, zatem można przyjąć, że to prawdziwe informacje – i te są nam dostępne. Ale dane o stanie sił, planach, zakulisowych rokowaniach, są nam niedostępne – jeśli cos nawet jest podawane oficjalnie na temat prawie na pewno jest nieprawdą, a w każdym razie nie mamy szans odróżnić jak dalekie od tej prawdy jest.

Warto tu zwrócić uwagę na analogie historyczne: obecnie wiemy tyle, ile przeciętny Anglik, Francuz czy Niemiec wiedział o tym co się dzieje w roku 1941 czy 1942 (o czym już pisałem). Informacje o zdobyciu takiej czy innej miejscowości miały znaczenie jeśli miejscowość była niedaleko i znaczyło to, że trzeba rzucić się do ucieczki. Jednak dla oceny sytuacji ogólnej nie miało to większego znaczenia bo – tu się powtórzę – choć jako cywile mamy czasem jedną część informacji (jak się przesunęła linia frontu) to nie mamy w ogóle tej drugiej, ważniejszej, a więc jaki jest stan sił walczących i ich zamiary. Owszem, z czasem wychodzą duże trendy bo tych ukryć się sposób, póki jednak wojsko ukraińskie lub rosyjskie nie pokona naprawdę znaczącego dystansu – lub nie zostanie ogłoszone zawieszenie broni i rozpoczęcie rozmów pokojowych względnie kapitulacja którejś ze stron – nam, cywilom bardzo ciężko jest rzetelnie ocenić sytuację. I to niezależnie od wykształcenia czy statusu „eksperta” w mediach – po prostu nie mamy prawdziwego obrazu sytuacji.

Dodajmy, że jak sądzę tego obrazu nie mają również najważniejsze oficjalnie osoby w państwie – czy raczej tej atrapie, która nam za państwo służy – ani zapewne także tak zwane „służby”. Nie posiadając własnego zwiadu satelitarnego ani własnych siatek wywiadowczych na terenie walk muszą polegać na informacjach przekazywanych przez „sojuszników” czyli służby wywiadowcze i dyplomatyczne USA, a te przekazują to, co jest im wygodne – dezinformowanie wasali nie jest ani niczym nowym ani niczym niezwykłym.

Z tego powodu proponuję wstrzymać się z ocenami dopóki nie upłynie nieco czasu i sprawy się nie wyjaśnią. Miejmy przy tym świadomość, że pełne rozjaśnienie może nastąpić dopiero kilka dekad po zakończeniu wojny (znowu analogia historyczna: o złamaniu niemieckiej Enigmy i znaczeniu tego dla przebiegu wojny historycy i ogólnie zainteresowani cywile dowiedzieli się dopiero na początku lat 70-tych a więc ponad ćwierć wieku po zakończeniu działań wojennych, nim dotarło to do powszechnej świadomości i podręczników historii minęła kolejna dekada).

Zwycięstwo Ukrainy nie jest jeszcze przesądzone podobnie jak porażka Rosji. Możliwe są wciąż i inne opcje, łącznie z tą, że wojna ma charakter do pewnego stopnia teatralny a Putin i koledzy grają tak naprawdę w tej samej drużynie co kontrolerzy Bidena i pomagają zagnać nas do cyfrowego więzienia Wielkiego Resetu.

Rosja jest słaba

Żeby dobrze zrozumieć obecną sytuację trzeba wziąć poprawkę na to, że Rosja nie jest obecnie w szczycie potęgi – jest słaba.

Jest tak, ponieważ na Rosję spadło przez ostatnie 120 lat mnóstwo plag i kłopotów, które nie pozwoliły jej nigdy dojść do szczytowej formy i wykorzystać w pełni ogromnego potencjału jaki dają jej wynikające z jej wielkiego terytorium zasoby – przede wszystkim ziemia uprawna i surowce. Najpierw wmanewrowanie w I Wojnę Światową, potem skuteczne zbombardowanie żydowskimi komunistami (sławetny transport Lenina z kolegami zaplombowanem wagonem oraz mniej znana wycieczka Trockiego przez USA – gdzie dostał obywatelstwo i finansowanie), wojna domowa w efekcie której nastąpiła dekapitacja narodu (parę mln ofiar, emigracja i fizyczna eliminacja większości elit), potem II Wojna Światowa (26 mln ofiar w tym 8 mln zabitych żołnierzy). Po drodze niewydolna komunistyczna gospodarka pogrążająca się w rozkładzie, a w końcu zdrada elit skutecznie omamionych obietnicą Zachodu, że kiedy już towarzysze przedzierzgną się w oligarchów, to będą traktowani jak równi przy jednym stole z żydowską finansową oligarchią rządzącą tymże Zachodem (a w swoim mniemaniu całym światem).

Zdrada ta doprowadziła nie tylko do planowego oddania wasali (takich jak PRL) nowym panom (chyba nikt kto tu dotarł nie jest takim głupcem, by uważać współczesną Polskę za suwerenne państwo?) ale i do rozpadu samego ZSRR (czego nawet Zachodni operatorzy się chyba nie spodziewali). Potem nastąpiła Jelcynowska dekada, kiedy Rosja pogrążając się w gospodarczym kryzysie i korupcji stała się praktycznie wasalem USA. To był – dodajmy – optymalny stan Rosji z punktu widzenia władców Zachodu, a mimo to trwały wysiłki nad dalszym rozpadem już samej Rosji oraz wyrwaniem z jej strefy wpływów kolejnych byłych satelitów i republik.

Jakimś cudem Rosjanom udało się nie dać, do władzy doszła ekipa Putina (wszyscy chyba wiemy, że on nie jest sam?) i zaczęto stawiać państwo i społeczeństwo na nogi. Mimo dużych sukcesów (za które Rosjanie są ekipie Putina wdzięczni, zwłaszcza ci pamiętający czasy upadku Jelcyna) to jest jednak tylko dwadzieścia lat stawania na nogi. Nie da sie przez dwie dekady odkręcić wszyskich zniszczeń (zwłaszcza społecznych) i nadrobić wszystkich zapóźnień, które nawarstwiały się dużo, dużo dłużej. To musi potrwać. Dlatego właśnie Rosja przyjęła postawę mało agresywną i po broń sięgnęła dopiero kiedy kolejne działania Zachodu* przyparły ją do muru (mowa o interwencji w Syrii i zajęciu Krymu w 2014 roku).

Ale w komunikacji jest co innego – jest podkreślanie siły armii, przypominanie o broni jądrowej, grożenie „broniami nie mającymi odpowiedników” i tak dalej. Z czego to wynika? Weźmy pewną analogię: jeśli idziesz słabo oświetloną ulicą w podejrzanej okolicy gdzie kręcą się bandyci, to czy idziesz skulony i z przepraszającą miną? Czy raczej napinasz takie mięśnie jakie masz, napuszasz się i starasz się wyglądać na silniejszego niż jesteś? Czy gdy podchodzi bandyta to dajesz do zrozumienia, że pod kurtką masz karabin czy grzecznie prosisz, żeby nie pozbawiał cię ucziciwie zarobionej zawartości portfela?

Dla jasności: Rosja nie jest bezbronna – jest silna. Jest dość silna by wygrać na Ukrainie, jest dość silna by Zachód* nie był w stanie rzucić jej na kolana ani sankcjami ani zbrojnie (no, chyba, że zdecyduje się na atomowy koniec świata). Jest też dużo, dużo silniejsza od Polski, która jest eksploatowaną kolonią, gdzie kompradorskie „elity” dbają by nie powstała tu żadna realna siła ani gospodarcza ani polityczna ani tym bardziej wojskowa.

Ale Rosja nie jest tak silna jak mogła by być, nie jest nawet tak silna jak ZSRR pod koniec lat sześćdziesiątych. Do szczytowej formy brak jej wielu dekad rozwoju – budowy kadr, przemysłu, odbudowy tkanki społecznej (rodziny, demografia, walka z alkoholizmem itd.).

Rosja więc jest dość silna by móc podjąć walkę o przetrwanie, o szansę na kolejne dekady rozwoju bez okradania przez globalne korporacje i gnojenia lokalnych inicjatyw tak dobrze nam znanego z Polski. Ale za słaba by podbijać Europę (gdyby nawet chciała – choć po wydarzeniach 2014-2022 kierownictwo w Rosji może dojść do wniosku, że nie da się w spokoju graniczyć z NATO i trzeba je od granic Rosji odepchnąć, w razie konieczności siłą).

Właśnie dlatego opowieści o Rosji jako imperium, które chce podbić świat a przynajmniej Europę, porównywanie Putina do Hitlera to po prostu bezczelne propagandowe kłamstwa. Bezczelne, bo kłamstwa te emitują (czy -ściślej – polecają emitować) ludzie, którzy zawładnęli USA, Kanadą, Australią, Nową Zelandią i Zachodnią Europą, podporządkowali sobie mniej lub bardziej wiele krajów Ameryki Południowej i Azji (np. Japonia). I którym właśnie marzy się panowanie nad całym światem.

*Zachód – zdaję sobie sprawę, że to twór bardziej złożony, konglomerat ~80 rodów, w większości żydowskich banksterów, realnie rządzących gospodarką i polityką krajów Zachodu oraz różne koterie, organizacje i struktury pod nich „podwieszone”. Jakoś to trzeba jednak zbiorczo, skrótowo nazwać.

Decydujące tygodnie

31 października 2022. Ukraińska ofensywa, którą tak podniecała sie propaganda od końca sierpnia jest już wspomnieniem. Przyznają to już nawet takie propagandowe tuby jak degenerał Skrzypczak. Armia Ukrainy nie zdobyła niczego ważnego i od dawna nie jest w stanie posunąć się dalej, za to poniosła ciężkie straty w ludziach i sprzęcie. A przecież Rosja dopiero umacnia linię frontu, dopiero ściąga posiłki.

Tak na marginesie – na wiosnę miałem pewne wątpliwości czy ta wojna dzieje się naprawdę. Ale jednak dzieje się, o czym przekonują mnie trzy rzeczy. Po pierwsze, Rosja wzięła się serio za ataki na infrastrukturę na Ukrainie – wreszcie zaatakowano na poważnie sieć energetyczną w tym podstacje 750 kV (wreszcie – bo wcześniejszy brak ataku na nie urągał logice co wytykali nie raz rosyjscy patrioci). Po drugie, Striełkow przestał krytykować i nabijać się z dowództwa i jego opieszałych działań – zamiast tego jest w wojsku i zabrał się za formowanie dodatkowych oddziałów ochotników. Po trzecie, Rosja ogłosiła mobilizację (częściową… ponoć) a Putin powiedział globalistom parę ciepłych słów.

Ale właśnie dlatego, że wojna jest naprawdę obserwuję sytuację z rosnącym niepokojem. Widać bowiem parcie do eskalacji ze strony Zachodu – a bardziej precyzyjnie, globalistycznej „elitki” która steruje Waszyngtonem i która podporządkowała sobie całą Europę włącznie oczywiście z Polską. Wykonano kolejne eskalacyjne kroki: wysadzenie rurociągów Nord Stream przez Amerykanów lub – jak twierdzi Rosja już oficjalnie – UK, atak na most przez cieśninę Kercz (tu również oskarżano brytyjskie służby o wzięcie w tym udziału), wreszcie ostatni atak dronów na Sewastopol. Na razie bez skutku.

No właśnie, a o jaki skutek może chodzić?

Przyjmijmy na moment, że globalistyczna „elitka” chce, żeby ta wojna się toczyła, chce, żeby wzięło w niej udział NATO lub kolejne „zderzaki”. Absolutnie nie chcą, żeby nastąpił pokój. Jednak, żeby NATO mogło się wmieszać lub posłać kolejne „zderzaki” na wojnę musi nastąpić coś takiego, co pozwoli to jakoś „sprzedać” społeczeństwom Zachodu, które wcale do wojny z Rosją się nie kwapią. Przeciwnie, rosnące ceny energii, problemy gospodarcze, inflacja powodują raczej niezadowolenie i żądania by skończyć z tą całą wojną i wrócić do współpracy z Rosją. Są już nawet stosowne manifestacje niemal wszędzie w Europie (poza Polską oczywiście, gdzie działa zaślepienie i wynikająca z historycznej zazdrości nienawiść do Rosji). Żeby zatem przekonać społeczeństwa do bezpośredniego udziału w wojnie potrzebny jest jakiś Pearl Harbour lub choćby jakaś radiostacja gliwicka. Czyli trzeba zrobić coś, co zmieni ich nastawienie, najlepiej coś co sprowokuje Rosję do bezpośredniego ataku na wojska NATO i kraje NATO („Pearl Harbour”) lub choćby coś okropnego, co można by Rosji przypisać i posłać do wojny „zderzaki” („radiostacja gliwicka”). To jest ten skutek, o który im chodzi.

Dlaczego te tygodnie mnie niepokoją szczególnie? Wyobraźmy sobie, że nic się nie wydarzy i jakoś na przełomie listopada i grudnia ruszy rosyjska ofensywa. Nie ma szans by skończyła się ona czymś innym niż druzgocącą porażką Ukrainy – siły zbrojne Ukrainy zostaną odrzucone od Donbasu, Charków i Odessa zostaną zajęte a kolejne regiony („obłast'”) zaanektowane przez Federację Rosyjską. W którymś momencie władze Ukrainy skapitulują – jeśli nie zrobi tego Żeleński armia usunie go, jakiś generał zadzwoni do Moskwy i powie „dość, skończmy to szaleństwo”. Czy nastąpi to zanim armia rosyjska otoczy Kijów i Lwów czy wcześniej – nie ma to znaczenia, wojna się zakończy. Rosja uzyska co chciała – okrojoną, zdemilitaryzowaną Ukrainę a walki ustaną. Jaki wtedy pretekst będzie miało NATO by zaatakować Rosję? A jeśli nawet USA i UK nie chcą walczyć z Rosją bezpośrednio, to pod jakim hasłem wysłać wtedy na Ukrainę polskich i rumuńskich żołnierzy kiedy trwa zawieszenie broni i rozmowy pokojowe? Jak tu nie wyjść na agresora w oczach świata i własnych społeczeństw?

Dlatego prowokatorzy muszą zadziałać zanim ruszy rosyjska ofensywa. Oni wiedzą dużo lepiej niż ja (bo mają dane wywiadowcze, z satelitów itp.) kiedy Rosja będzie gotowa. Ale i bez tych danych widać, że mają mało czasu. Jeśli coś ma się wydarzyć, co będzie pretekstem do wmieszania wprost USA i UK lub choćby tylko kolejnych „zderzaków” (najpewniej Polski i Rumunii), to musi się to wydarzyć teraz, w ciągu najbliższych dwóch-trzech tygodni, zanim wojska rosyjskie ruszą na zachód.

Najpewniej temu celowi służyc miała prowokacja z brudną bombą, do której ewidentnie przygotowania propagandowe trwały już od jakiegoś czasu (cały cyrk z tabletkami z jodem, kłamstwa jakoby Rosja groziła użyciem broni jądrowej itp.). Rosjanom udało się tą prowokację spalić, trzeba im to przyznać, że rozegrali to mistrzowsko – na tyle dobrze, że praktycznie nie da się już jej zrobić. Trzeba sobie powiedzieć, że to Szojgu, Ławrowowi, Gierasimowi i Putinowi zawdzięczamy to, że jeszcze nie musimy jeść tych cholernych tabletek. Najpewniej szef CIA po to przyleciał do Kijowa niedawno by oznajmić swoim swoim lokalnym podwładnym, że operacja odwołana i kazać im zacząć zacierać ślady. To jednak oznacza, że jeśli prowokatorzy nie zrezygnowali to muszą szybko improwizować i wymyślić coś innego.

Jedyną alternatywą dla prowokacji i dalszej wojny jest pokój na Ukrainie na warunkach Rosji. Dla USA i NATO jest to trudne do zaakceptowania, bo oznacza jawną porażkę, a to z kolei może przerodzić się w rozpad systemu wasali na którym opiera się imperialna pozycja USA i zbudowany na niej sen globalistów o panowaniu nad światem.

Problem jest tylko taki, że jeśli „przesadzą”, jeśli pójdą na bezpośrednią wojnę z Rosją to przegrają konwencjonalnie w Europie a wtedy pozostanie im już tylko broń jądrowa. Po jej użyciu jednak może nie być już świata, nad którym warto by było panować. Miejmy więc nadzieję, że ktokolwiek steruje tym szaleństwem w USA będzie w stanie uznać porażkę i przejść w tryb ograniczania szkód. W miarę możności zanim z legendarnej 101 dywizji powietrzno-desantowej USA zostanie tylko trochę rannych i jeńców.

Od tego zależy życie wielu tysięcy Polaków w tym i moje i Twoje.